Sekrety klasy 3e 2014 r., czyli wigilia klasowa

Grudzień, 2014 r.

Tegoroczna wigilia przemknęła jak huragan, druzgocąc emocjami, wzruszeniami i szeroko rozumianą
oraz stosowaną w praktyce empatią.
Gorączka przygotowań w cyklonie błyskawicznej logistki sprawiła, że:

a) większość klasy się pokłóciła i krzyczała na siebie przy rozdziale zadań, podczas gdy reszta siedziała
i słodko się uśmiechała nieco zaskoczona tym zachowaniem,

b) usiedliśmy przy stole wygłodniali z zamiarem wbicia widelców w krokiety, gdy okazało się,
że w kubkach mamy jedynie bordowy proszek zwany potocznie barszczem instant,

c) zaginął przyniesiony przez ucznia czajnik elektryczny,

d) po odnalezieniu zguby zalaliśmy w końcu barszcz i chcieliśmy rozpocząć modlitwę, patrząc coraz
bardziej zamglonym wzrokiem na krokiety, gdy przypomniało mi się, że zawieruszyłem gdzieś opłatki,

e) w końcu jak cywilizowani ludzie, po modlitwie i złożeniu sobie życzeń, rzuciliśmy się na jedzenie.

Po pierwszym posiłku udaliśmy się do biblioteki szkolnej, gdzie wieczerzała ze swoją klasą moja
koleżanka Alicja Bartkowiak. Moi pupile, z wdziękiem torpedy superkawitacyjnej, nieco naruszyli
sielski nastrój wigilii, pragnąc podziękować za wymianę sal, gdyż nie wyobrażaliśmy sobie ostatniego,
świątecznego spotkania gdzie indziej niż w naszym ukochanym „42”. Przyjemnie było spojrzeć
jak rozmigotały oślepiająco rzewne latarnie wzruszenia moich uczniów i ich germanistki. Nie mogłem
sobie pozwolić na podobne zachowanie, gdyż robiłem zdjęcia, nadzorowałem kolejkę do uwielbianej
nauczycielki, przypominałem o regulaminie biblioteki, rozmawiałem z nieco oszołomionymi
drugoklasistami oraz układałem w myślach podziękowania dla koleżanki.

Udaliśmy się z powrotem do sali 42 i pochłonęliśmy desery. Następnie ogłosiłem niespodziankę
i włączyłem karaoke świąteczne. Dźwięki, jakie z siebie wydawaliśmy, mogłyby zmieść z powierzchni ziemi
niejedno miasteczko pokroju Międzyrzecza. Moi pupile stwierdzili, że mój głęboki tenor to jedno
z największych oszołomień XXI wieku. Wrodzona skromność sprawiła, że tylko przytaknąłem.

Ostatnim punktem były odwiedziny u zaprzyjaźnionej klasy 3f, która kreatywnością, spontanicznością
oraz wszechstronnością dorównuje mojej brygadzie. Wykorzystałem chwilę i zdążyłem szybko złożyć
życzenia mojej fantastycznej koleżance, a ich wychowawczyni, Beacie Jarnut. Było to genialny krok,
gdyż później nie miałbym szans na przedarcie się przez kotłujący tłum. Mogłem spokojnie obserwować,
jak latami wpajany towarzyski savoir vivre, wydaje wspaniałe owoce.

Ostatni raz udaliśmy się do naszego stołu i zjedliśmy wszystko, co jeszcze pozostało do zjedzenia
(poza dekoracjami stołu). W międzyczasie przyjmowaliśmy gości i kolejne życzenia, przyszedł również
na chwilę ks. D. Drop, któremu wręczono bohatersko ocalały fragment ciasta, opłatek oraz kolejne
wyrazy uznania i pozdrowienia z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Śpiewając, rozmawiając,
przekrzykując się wzajemnie, odkryłem, że zbliża się kwadrans po godz. 14.00 i zapędziłem pupili
do galopu sprzątania. Rozstaliśmy się błyskawicznie, bo autobusy szkolne czekały już przed szkołą.

Myślę, że żadna praca nie daje tylu pozytywnych emocji; przeżyłem dwie wigilie, a czeka mnie jeszcze
trzecia, ta najważniejsza, rodzinna. Dlatego jeszcze raz wszystkim moim uczniom, kolegom i koleżankom
(również tym na emigracji;) oraz pracownikom szkoły życzę wspaniałych, przeżytych spokojnie
Świąt Bożego Narodzenia.

                                                                                                                                                M.J.

Polecamy

orzel